Uwielbiam Śląsk

Odwiedziliśmy na Śląsku długo niewidzianych znajomych, którzy zafundowali nam prawdziwą wielokulturową, kulinarną podróż, o której chciałam opowiedzieć już kilka dni temu. Miałam pisać przez dwadzieścia jeden dni z rzędu (dobre sobie), ale życie mnie pokonało. Brak snu, nadmiar wrażeń i wizyty u lekarza sprawiły, że gdy siadałam do kompa, nie miałam siły myśleć. Niestety, nie mam zdjęć z miejsc, które odwiedziliśmy, mam tylko jedno "śląskie" zdjęcie, ale kiedyś to nadrobię. Teraz musicie dać pole do popisu Waszej wyobraźni.

Rozdział I. Co moje, to i Twoje.

Zaczęło się na jakimś skwerku w Katowicach, skąd odebrał nas znajomy. Zaprowadził nas do wegetariańskiej restauracji, która nie powalała smakiem, ale za to wyglądała jak Cornucopia, w której pracowałam. Stamtąd ruszyliśmy dalej.
Weszliśmy w chmurę dymu do pomieszczenia wyłożonego białą cegłą, z barem na samym końcu sali. Z głośników sączył się rock, odpowiednio głośno, aby mieć frajdę ze słuchania, ale także na odpowiednim poziomie, by rozmawiać bez przekrzykiwania się. Przy stoliku siedziała nasza kumpela z rudowłosą, temperamentną Wiewiórą, która, jak się dowiedzieliśmy, właśnie przestała udawać, że nie jest częścią wystroju knajpy. Gdy zostawiła nas samych, zaczęliśmy nadrabiać zaległości z ostatniego pół roku, zaciągając się najlepszą i największą sziszą, jaką kiedykolwiek widziałam i popijając ziemistego pu-erha, który jakimś cudem nie miał posmaku ryby. Od "reszty świata", czyli pozostałych stolików, byliśmy oddzieleni niskim murkiem z trawniczkiem w donicy. Za nami był przytulny kąt na oknie z poduszkami, do którego bardzo mnie ciągnęło, ale niestety za bardzo tam wiało, żeby się przesiąść. Na stoliku, oprócz czajniczka do parzenia herbaty i termosu z gorącą wodą, była drewniana taca ze szklanym dzbanuszkiem do przelewania gotowego naparu i miniaturowymi czarkami.
Gdy szisza zaczęła tracić moc, efemeryczny Ukrainiec z dredami podszedł do stolika, żeby zmienić węgielki, nonszalancko pociągając z fai wodnej. M., widząc moją minę, wyjaśniła, że oni tam dzielą się wszystkim, dopijają i dojadają po innych, więc gdy sytuacja powtórzyła się, tyle że z kimś innym, nie zrobiło to na mnie wrażenia.
Niedługo zrobiło się tak tłoczno, że otwarto "zabarze", dodatkowe miejsce, znajdujące się tam, gdzie nazwa wskazuje. Powietrze stało się tak gęste, że można by powiesić siekierę. W tym momencie pomyślałam, że nazwa "Kominiarz" jest wyjątkowo trafna.

Rozdział II. Mamma Mia! Kurde mol!

Wyobrażacie sobie spędzić około dwóch godzin w autobusie, pociągu i taksówce, po to tylko, żeby się najeść? Ma to sens?
Za mocnymi drzwiami przywitała nas klimatyczna restauracja z czerwonej cegły, z wielkimi stolikami, podcieniami i butelkami wina na półkach. Na ścianach były pomalowane płaskorzeźby z dachówek, które wyjątkowo pasowały i nie wyglądały banalnie. Zapachy z kuchni sprawiły, że zrobiliśmy się głodni jak wilki.
Gdy zamówiliśmy, ciemnoskóry, zasuszony i siwy Włoch, Maurizio, podszedł do nas, żeby zapytać, co jemy. Chłopcy zamówili pizzę i po kilkudziesięciu minutach na stole pojawił się ogromny placek o ponadpółmetrowej średnicy. Korciło, ale na szczęście Tomek mnie pilnował. Maurizio pojawił się znowu i ze zdumieniem zapytał:

  • A ty czemu nie jesz?!
  • Nie mogę.
  • Pizza nie możesz?!
  • No nie.
  • Mamma mia, to po co żyć! Co to za życie, kurde mol! Ale wino ty możesz?
  • Nie. Ani wino ani piwo.
  • Mamma mia! Kurde mol! To ja wiem co ty możesz! Ty możesz grappa! A wy dostaniecie wino. Najlepsze.
    Chwilę później był z powrotem z ciemnym, wytrawnym przepysznym winem i winogronową wódką dla mnie.
  • Ty za blada! Policzki takie białe, mamma mia! Pijesz?
    Wbrew przypuszczeniom znajomych, grappa mi smakowała, bo przypominała mi kanaryjską Malvasię.
  • Ty to te alergie wybiórcze masz, kurde mol. Te kobiety, jak one oszukują. A dorada to ty lubisz?
  • Lubię.
  • Olga! Dorada będzie! Zawołał do swojej żony w kuchni.
  • Ziemniaczki to ty lubisz?
  • Tak.
  • To z ziemniaczkami, Olga! Słyszysz? Bo ona tu alergie ma, kurde mol! Nie może gluten i inne takie. Mamma mia!
    Polał ponownie.
    Niedługo później kelnerka przyniosła zupę rybną pełną krewetek, kalmarów, przegrzebków, czosnku i pietruszki – przepyszna, ogromna porcja w białym talerzu o kształcie wielkiej łódki.
    Zdążyłam zjeść i przyszła dorada, którą oszamaliśmy we czwórkę, stawiając ją na środku stolika.
    Przyszedł Maurizio.
  • I jak, smakowało? Bardzo dobrze. Deser? Tak? Jeszcze grappa dla wszystkich. Ty nie lubisz, to limoncello – oświadczył naszej koleżance.
    Na deser była beza z gorącym sosem malinowym. Takie proste. Takie pyszne. Smakowało mi tak bardzo jak deser u Amaro (który zrobił mi ciarki od stóp do głów). Wyszliśmy biedniejsi o kilkaset złotych, za to przeszczęśliwi. Ciamkaliśmy aż do powrotu do domu i zainspirowani, siedzieliśmy do rana przy nocnych Polaków rozmowach. Ale zanim to nastąpiło, bujając się i przytulając we czwórkę, bo było zimno i mieliśmy godzinę do odjazdu pociągu, stworzyliśmy dwuwierszową fraszkę.
  • Jesteśmy jak taki krzaczek czterogłowy (skojarzyło mi się, jak się tak bujaliśmy bez sensu).
  • Pijany do połowy.
    Podsumował P.