Włóczykijada. Radom, one way ticket
Radom, Stara Elektrownia

Kiedyś w Lublinie poszłam do brata do akademika. Jego współlokator miał wtedy dziewczynę z Radomia. Jak przyszłam, to zapytali mnie, czy znam najkrótszy dowcip, jaki istnieje?

  • Nie - odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
  • Radom miasto.
    Mnie rozśmieszył, taki nasz drobny sposób na radzenie sobie z tym dziwnym miejscem. Radom. Rondom. Random.

Włóczykijada. Radom, Rynek
Znalezisko na radomskim rynku.

Znajomi z Irlandii pytali mnie, czy napiszę coś o swoim mieście i w końcu jest. Trochę tendencyjnie. Trochę melancholijnie. Z ironią. Ale chcę czy nie, jest to miasto, w którym spędziłam większą część swojego życia.

Włóczykijada. Radom w bramie
Podwórko w jednej z bram na Żeromskiego

Wyjechałam z Radomia jakieś dziesięć lat temu. Właściwie od zawsze wiedziałam, że stąd wyjadę – najpierw na studia, a później do pracy i wiedziałam, że tu nie wrócę, do tych betonowych podwórek, do tych bram, w których stoi różna menelnia, do szarych blokowisk, zrujnowanych kamienic i pustki.

Włóczykijada. Radom, Gołębiów
Radom, opuszczony materac na Gołębiowie II

Przyjeżdżam tu raz na jakiś czas, cieszą mnie zmiany. Idę ulicą i z entuzjazmem opowiadam Tomkowi: w tej ruinie, która od dziesięciu lat stoi pusta, była moja szkoła, w tych zabitych deskami drzwiach była Antykwarnia, do której chodziłam na wagary i po raz pierwszy próbowałam sprzedać swoje zdjęcia.

Włóczykijada. Stara drukarnia Jana Kantego Trzebińskiego.
Dziewiętnastowieczna drukarnia Jana Kantego Trzebińskiego

Wchodzę z Ewką do bramy, żeby po raz niezliczony oglądać dziewiętnastowieczną drukarnię Jana Kantego Trzebińskiego i pokazać ją mężowi i wspominamy, jak chciałyśmy ją kupić i zrobić tam kafejkę a przy okazji nasłuchujemy dobiegających ze stadionu wrzasków łysego tłumu „WY-PIER-DA-LAĆ”.

Włóczykijada. Radom, okna i drzwi.
Radom. Drzwi naprzeciwko starej drukarni.

Idę Moniuszki, rzewnie wspominam zapiekanki, które namiętnie jadłam w czasach, gdy nie wiedziałam, skąd się biorą moje choróbska.
Idę dalej i podziwiam szyld Kebab u Polaka, by później w Puszczyku, magicznym miejscu z dobrą muzyką i pyszną herbatą, prowadzonym przez dziewczynę z byłej szkoły, nabijać się z kebaba ze staropolskiej, tradycyjnej receptury.

Włóczykijada. Radom, Moniuszki.
Radom, Moniuszki.

Z lekką irytacją słucham utyskiwań przyjaciółek, mamy i babci i dzielnie znoszę pełne wyrzutu spojrzenia, które mówią mi "za krótko tu jesteś". Jestem tu tydzień i już mnie wszystko wkurwia, już mi ciężko, już się duszę, bo miasto, bo pani w aptece zieje chłodem i na pewno ma w sercu igiełkę lodu i chcę uciec zanim jej oddech zamieni mnie w lodowiec.

Włóczykijada. Radom, kamienica, komorne
Radom, tabliczka znaleziona w jednej z kamienic na Żeromskiego

Bo nie mogę dostać dobrych butów na swój rozmiar i bo tęsknię do usmiechniętych, szczerze szczęśliwych ludzi w sklepach, w knajpach, na ulicach. Do ludzi nucących lub śpiewających, gdy idą chodnikiem, a nie burczących, bo "jakiś baran im drogę zaszedł".

I tak jak moje przyjaciółki nie rozumieją mojej potrzeby ucieczki od dusznej atmosfery tego miasta, wspomnień mniej niż przyjemnych, tak ja nie rozumiem ich uwielbienia i potrzeby bycia tutaj. Z ulgą wyjadę znowu i znowu za miesiąc czy dwa zacznę tęsknić, bo przyjaźni na lat dziewięć, szesnaście czy dwadzieścia nie nawiązuje się w jeden dzień. I jakoś się składa, że ten Radom, przeze mnie znienawidzony połączył nas i już raczej tak zostanie. Bo człowiek z Radomia wyjdzie. Ale Radom w człowieku zostanie na zawsze, czy to w postaci zapiekanek z Moniuszki, czy w uwielbieniu dla rozpadających się fabryk i kamienic, czy przeżyć z betonowych podwórek. Łączą nas wspomnienia, zarówno te przeżyte wspólnie, jak i te, które działy się w czterech ścianach naszych domów.

Włóczykijada. Radom, moja mała ojczyzna.
Radom, "Moja mała ojczyzna"

Wchodzę z mężem na moje betonowe podwórko, gdzie kiedyś stały huśtawki, drabinki, piaskownica i karuzela, a teraz już został sam asfalt i wchodzę do chronionego kodem bloku mojej babci już przez nowe drzwi. Gdy drzwi były blaszane, to stały otworem i każdy mógł wejść i wyjść. Przechodzę przez podwórko, na którego asfalcie dziesiątki razy zdarłam sobie łokcie i kolana, na którym miałam pierwszego „chłopaka” i na którym nawet rozmawiałam z ludźmi – co mi się nie zdarzyło na żadnym innym. Poza jednym razem, którego wyjątkowo pożałowałam. Wchodzę do bloku schodami, na których kiedyś mijałam dresiarza z kijem bejsbolowym, wielu żuli i młodzież w różnych stanach świadomości, do obskurnej, wymazanej sprayem, farbami i substancjami, których pochodzenia nie chcę nawet sobie wyobrażać, windy, która przeraża mojego męża nieustannie, za każdym razem, gdy do niej wchodzi. Nigdy nie widział czegoś takiego. Windy, której guzik ilekroć nie został wstawiony, tylekroć został spalony, pewnie dla zabawy. Wewnątrz wita obskurna tablica z guzikami i równie obskurna tablica ogłoszeniowa, na której wiszą losowe kartki i dziesiątka wlepek z pytaniami, a właściwie wyrzutami do prezydenta „dlaczego musimy uciekać z tego miasta”. Tomka to przeraża, a dla mnie to część życia. Betonowe podwórko, blokowisko, czterdziestometrowe mieszkanie, w którym mieszkaliśmy w szóstkę, jeszcze z dziadkami. Ot, typowe, polskie dzieciństwo.
Idę Żeromskiego i podziwiam szyld w tygryska albo panterkę, nie jestem pewna, Pazurkowy Świat Karolci i jakąś piwiarnię w miejscu, gdzie ponad dziesięć lat temu mieściła się siedziba "Gazety Wyborczej", w której pracowała moja mama.
Mijam opuszczone fontanny z wielką, toporną konstrukcją, zwaną Titanikiem, pod którą znajduje się knajpa, w której raz poszłam na herbatę z przyjaciółką i gdzie zaplątał się jakiś żul, znajomy właściciela, opowiadający jakieś dyrdymały. Patrzę z melancholią na opuszczony różowy budynek szkoły, w której straciłam wszelką nadzieję, że kiedykolwiek zostanę grafikiem komputerowym.
Ba, przypomniałam sobie o tym marzeniu dopiero teraz, pisząc ten post, dziesięć lat po zakończeniu nauczania.

Włóczykijada. Radom, Kościół Mariacki
Radom, Kościół Mariacki. Chyba jedyne miejsce, które nadal wygląda tak samo.

Siedzę z przyjaciółkami w Puszczyku i wspominam Hit, sklep, w którym kupowałyśmy czarne koszulki i pieszczochy w czasach buntu, sklep, który ze względu na niefortunną lokalizację był wiecznie okradany. Wspominamy koncerty, które odbywały się w miejscach, które albo już nie istnieją, albo zmieniły swoje przeznaczenie. Przypominamy sobie, jak znalazłyśmy sto złotych w delikatesach na rogu, w których teraz jest bank. Przechodzimy obok drugich delikatesów, z których został tylko stary szyld i łukowate parasolki nad drzwiami. „Nikt już w delikatesach nie kupuje. Wszyscy chodzą do Biedronki”, melancholijnie stwierdza mój mąż.
Podziwiamy po drodze pomnik Kaczyńskich, jego można poznać tylko po specyficznej przykurczonej postawie. Z twarzy podobny zupełnie do nikogo. Przy Titanicu patrzymy na zamyślonego Leszka Kołakowskiego, Tomek rozpoczyna nieco pijany monolog o tym, że w szkole powinno się uczyć życia, uczyć Kołakowskiego, Marka Aureliusza, Voltaira, a nie jakichś oderwanych od życia Mickiewiczów i Słowackich. "Za dużo romantyzmu" - stwierdza.

Włóczykijada. Park Kościuszki
Park Kościuszki jeszcze bez Kochanowskiego i Orszulki.

Przy Parku Kościuszki z nieustającym rozbawieniem patrzymy na pomnik zwany przez tubylców „pomnikiem pedofila”, czyli rozkraczonego Kochanowskiego z Orszulką zaglądającą mu przez ramię w strategiczne miejsce.
Myślę, że kiedyś można było pójść tylko do Parkowej i Legendy, a teraz nawet są w Radomiu suszarnie, chociaż ich jakość odbiega od pożądanych standardów. Kiedyś nie można było przejść Żeromskiego bez spotkania kolegi, koleżanki, kogoś znajomego, ale też bandy dresów. Teraz nikogo nie ma. Wszyscy albo wyjechali, albo założyli rodziny i wychodzą z domu raczej w innych godzinach.

Włóczykijada. Radom, Limanowskiego
Radom, widok z opuszczonego budynku niedaleko cmentarza przy Limanowskiego.

Mojego Radomia już nie ma i dobrze.
Już nie trzeba mieć oczu dookoła głowy, gdy się wraca do domu, już można wejść bezpiecznie na klatkę schodową u mojej babci, już można pójść na dobrą herbatę, a nie tylko do żulerni na piwo. W ciucheksach nie spotykam mężczyzn z łomami. Nikt mnie nie zaczepia, gdy idę osiedlem.
Tyle że miasto tworzą ludzie, a to miasto jest tak potwornie opustoszałe, sprawia wrażenie wymarłego. Gdy jest słońce, potrafi być nawet ładne. Ale dzisiaj pada i wieje i główna ulica, którą idziemy od babci do rodziców przyjaciółki, jest prawie zupełnie pusta, nie licząc trzęsącego się z zimna palacza przed knajpą i kulawego psa.
Jest tak bardzo, bardzo szaro.
Dzisiaj to miasto jest takie, jakim je pamiętam.


W poście wykorzystałam zdjęcia sprzed dziesięciu czy piętnastu lat, jeszcze robione na kliszy. Część z nich zrobiłam na lekcje fotografii w plastyku. Stare czasy. :)