Seitan, cichy zabójca

Druga w nocy. Od mniej więcej pół godziny wstrząsają mną dreszcze, nigdy w życiu nie było mi tak zimno. Staram się leżeć spokojnie i nie panikować, ale trzęsę się tak mocno, że Tomek się budzi, chwilę później zrywam się do łazienki z gwałtownymi mdłościami, z których nic nie wynika.
Tomek nastawia gorącą herbatę, stawia farelkę przed miniaturowym pokojem o papierowych ścianach, a ja trzęsącymi się z zimna rękami zakładam swój wełniany płaszcz i czapkę, w dłoniach ściskam dwa chemiczne ogrzewacze i szczękam zębami, mając nadzieję, że nie pooram sobie nimi ust. Za papierową ścianą śpią nasi znajomi, martwię się, że się obudzą.
Zawinięta w jesienne ciuchy przytulam się do ciepłego Tomaszowego ciała, popijając herbatę i przyciskam ogrzewacze do żołądka.
Po jakichś dwóch godzinach zasypiam, budzę się o czwartej nad ranem i zastanawiam się, czy wszystko wydarzyło się naprawdę, czy właśnie obudziłam się z bardzo realistycznego koszmaru. Coś mnie otruło. Tylko co to mogło być?

Szybki skan i nagła myśl: "jak wygląda seitan?". I tak nie mogę spać, więc pytam wujka Googla. "Seitan, popularny zamiennik mięsa w kuchni buddyjskiej", wygląda jak to, co wzięłam za kawał smażonego tofu. Holy fuck, mnisi mnie otruli. A zaznaczyliśmy w formularzu opcję bezglutenową. Albo to olali albo przeoczyli, a ich angielski był mniej niż podstawowy.


Seitan w buddyjskiej kolacji (ten ciemniejszy prostokąt)


Kolacja u mnichów

Do tego okazuje się, że nie wzięłam ani liści orzecha, ani mięty ani Motillium ani węgla ani w ogóle czegokolwiek, co mogłoby uratować mój żołądek, mimo że przez cały nasz Eurotrip woziłam te rzeczy ze sobą. Nie wiem właściwie, dlaczego, wydaje mi się, że założyłam, że będę mogła wejść do pierwszej lepszej apteki i się poratować. Taaaaa. Mam nauczkę na całe życie.


Sklep z tofu. Co podają? Trzy rodzaje tofu: z japońskim cukrem, z sosem sojowym i chyba z miso.


Tomek twierdzi, że to są ciasteczka sezamowe, moim zdaniem to były kwasiury z ume (japońską śliwką)


Tomek i ja na kolacji w buddyjskiej świątyni

Od tej pory w każdym miejscu mówię "watashi wa komugi ni soyu aerugi omotte imasu" (mam alergię na pszenicę i soję, nie wiem, czy poprawnie, ale rozumieją. Znalazłam to zdanie na jednym z bezglutenowych blogów) albo pokazuję moją karteczkę z "alergenami", bo Japończycy nie rozumieją istnienia nietolerancji pokarmowych. Upewniam się o "no shoyu" (bez sosu sojowego, który w większości zawiera pszenicę) i wszędzie proszę tylko o "shio" (sól). Pomaga, mój żołądek dalej boli, ale powoli wraca do normy, twarz i włosy też się poprawiają, przestaję wyglądać jak dojrzewająca gimnazjalistka. W niektórych restauracjach obsługa przychodzi po pięć razy, żeby przypadkiem mnie nie zatruć.

Jedzenie w Japonii

A jedzenie w Japonii jest fascynujące, często właściwie nie wiadomo, co się je. Przykład? Patrzę na miskę z kiełkami. Próbuję, ale są trochę miękkie i dziwne. Przyglądam im się dokładnie i ze zdziwieniem stwierdzam, że moje kiełki mają oczy... i ogony. Okazują się małymi rybkami.


Kiełki, które okazały się małymi rybkami

Podstawą każdego dania jest ryż, do tego często dochodzą glony nori. Co jeszcze? Pełno ryb, mięsa i zadziwiająco dużo jajek i piklowane warzywa. Całe szczęście, dzięki mojej "alergii" dostaję świeże warzywa i owoce, bo po kilku pierwszych dniach mam trochę dość zdechłych marynowanych warzyw.

Bento box to podstawa

Przez pierwszych kilka dni żywimy się głównie "bento boxami", które można dostać na każdej stacji kolejowej, w sieci sklepów seven eleven albo w Family Martach. Na box składają się najczęściej ryby lub mięso, ryż, piklowane warzywa i różne dodatki. Za kilkanaście yenów można się całkiem porządnie najeść, a do tego wiele sklepów ma mikrofale, w których podgrzewa boxy. Ciepły lunch w pociągu? Dlaczego nie.


Bento box: korzeń lotosu, por, wołowina (najlepsza), ryż


Kolejny bento box, tym razem z łososiem, pasternakiem, marchewką, jajecznicą i nori


Sashimi na ryżu. Oprócz ryb jest tu daikon, śliwka, ośmiornica i wasabi, ale nie mam pojęcia, czym jest ta różowa posypka.


To chyba była część naszej pierwszej kolacji w ryokanie, czyli japońskiej gospodzie. Sashimi, czyli rozpływająca się w ustach surowa ryba.

W ogóle przez cały wyjazd tęsknię za ziemniakami i warzywami, jak dla mnie jest ich w japońskiej diecie stanowczo za mało.



Potatornado. Mówiłam, że lubię ziemniaki. ;)

Czy natto jest jadalne?

Sfermentowana pasta z soi, tzw. natto śmierdzi dla mnie jak skiśnięte drożdże, Tomek twierdzi, że smakuje kawą, a ja nie mam pojęcia, w którym miejscu on to czuje. Po pierwszej próbie szukam czegokolwiek do zagryzienia i zapicia, żeby tylko zabić ten smak i zapomnieć o nim jak najszybciej.

Mochi, czyli kulinarny orgazm

Za to od pierwszego ugryzienia zakochuję się się w mochi, kulkach z kleistej mąki ryżowej z anko, czyli słodką pastą z fasoli i, bardzo często, truskawką w środku. Połączenie ciągnącego ciasta, delikatnie chrupiącego anko i truskawki, która stawia opór na zębach i puszcza sok przy ugryzieniu, jest dla mnie jednym z kulinarnych przeżyć, które będę wspominać, dopóki pamięć mnie nie zawiedzie.

Matcha, herbata, która jednak nie smakuje rybą

Smakują mi też ciastka z matchą (japońską zieloną herbatą) i, o dziwo, sama matcha, która poza Japonią ma często rybny posmak. Chyba po prostu Japończycy najlepszą matchę zostawiają u siebie, a resztę dają na eksport.

Surowe mięso dla Europejczyka?

Zajadam się yakitori, czyli solonymi szaszłykami z kurczaka, a to Tomek i Zuzia przeżywają przygodę w pubie, w którym proszą o spécialité de la maison, a dostają surowe żołądki i surową pierś z kurczaka. Japończycy mają enzym, który pozwala im trawić surowe mięso, a jak jest z Europejczykami? Zjedli, zapili i nie zachorowali. :)


Błąd w tłumaczeniu. Poprosiłam o michę ryżu, dostałam... kulę ryżu. Bez nadzienia.


Translate nie poradził sobie z tym menu.


Specialite de la maison: surowe żołądki z kurczaka.

Lokalne specjały

Niestety, nie mam możliwości spróbowania okonomiyaki, czyli smażonego pizzo-omleta z serem i wieloma dodatkami, ani momiji manju, czyli puchatych naleśników z nadzieniem z pasty z fasoli. Ze względu na szalejący żołądek, nie próbuję też grillowanych ostryg z Miyajimy, ale przyjaciele zapewniają mnie, że są wyśmienite.

Konina i wieloryb - po raz pierwszy i ostatni.


Sashimi z wieloryba


Sashimi z wieloryba


Tempura z wieloryba


Stek z wieloryba

Próbuję koniny, która jak dla mnie w ogóle nie ma smaku, i wieloryba, po którym mam wyrzuty sumienia. Jeśli nie wiecie dlaczego, to poczytajcie tutaj.


Konina. Niewarta swojej ceny.

Tłusty tuńczyk, czyli ryba jak masło

Fascynuje mnie przepyszny tłusty tuńczyk, który rozpływa się w ustach, po jeżowcu w ustach mam obrzydliwie chemiczny smak, jak po dużej ilości soli, a ostryga smakuje jak morze z glonami.


Tłusty tuńczyk. Niestety, wrażenie zepsuł smród starych, wilgotnych ścier, roznoszący się po całej, raczej zapuszczonej, restauracyjce.


Tłusty tuńczyk w najlepszej suszarni na Tsukiji Market. Wart ponadgodzinnego czekania.

Nie mogę się nadziwić, jak miękki i soczysty może być węgorz w Tokio i nie żałuję ani jednej minuty z sześćdziesięciu spędzonych na czekaniu. W ogóle czekamy na węgorza, czekamy na tuńczyka, czekamy na sushi, czekamy na ramen, wszędzie czekamy i to długo. Niby wszyscy się spieszą, ale mimo to też czekają.


Morskie stwory na targu Tsukiji.


Biała krewetka i świecąca ryba (nie pamiętam, która) z suszarni na Tsukiji.


Obleśna papka z jeżowca, która pozostawia w ustach chemiczny smak.


Ostryga. Chwilę wcześniej to się ruszało.


Sushi. Krewetka, jajecznica, tuńczyk i nieznane stwory.

Soba - sama gryka

Smakuje mi też soba, stuprocentowo gryczany makaron z solą. Zamawiam go w bulionie, ale okazuje się, że połowa bulionu to tak naprawdę sos sojowy, więc po prostu dostaję ugotowany makaron na bambusowej tacce i miseczkę soli i cieszę się smakiem gryki i idealnie ugotowanego makaronu. Podoba mi się prostota tego dania.


Tomkowe przystawki przed bulionem z sobą.


Bulion z sobą

Herbata na Harajuku i wegański deser

Jestem zawiedziona, że na lansiarskim Harajuku jest tylko kilkoro przedstawicieli dziwacznych japońskich grup społecznych, ale za to wchodzimy do makrobiotcznej kawiarenki Chachanoma, którą znalazłam kilka dni wcześniej w necie i zupełnie o niej zapomniałam.


Deser w kawiarence Chachanoma. Ciastka ryżowe, słodka pasta z fasoli i... warzywa w occie. Dalej nie mogę pojąć, skąd taka mieszanka.


Suszone liście zielonej herbaty na przystawkę. Całkiem smaczne.


Idealna zielona herbata.


Pasta ze słodkiej fasoli i ciasteczka ryżowe w innym wydaniu.

Dowiadujemy się, że liście dobrej zielonej herbaty można chrupać i dostajemy je na przystawkę w uroczym rożku. Dowiadujemy się, że zieloną herbatę można parzyć trzy razy, pierwsze parzenie pić przed słodyczami, drugim popijać deser, a trzecie wypić już po uczcie. Pierwsze parzenie zaskakuje mnie perfekcją - herbata jest idealna, ani trochę gorzka, o mlecznej konsystencji. Zastanawiam się, jak to możliwe.


Tomkowy deser. Lody i kulki ryżowe.

W Ginzie płacimy stanowczo za dużo za oden, czyli warzywa, jajka i mięso maczane w bulionie, ale za to gadamy z pijanymi Japończykami. Skąd jesteście, gdzie byliście, z kim, jak Wam się podoba Japonia - to standardowy zestaw pytań każdego trochę bardziej "otwartego" Japończyka.

Japońskie słodycze

Japońskie słodycze to osobny kulinarny rozdział. Małe dzieła sztuki, zrobione z mąki ryżowej, ziemniaczanej lub z batatów, słodkie i estetyczne, aż szkoda je jeść. Pełno ciasteczek ryżowych lub mochi obtoczonych w mące sojowej.


Białe truskawki za kilkaset złotych.


Ceremonia picia herbaty. Matcha i ciasteczka z mąki z batatów lub ryżowej. Na końcu należy z wdzięcznością spojrzeć na filiżankę.


Ciasteczko ryżowe z wiśnią.


Ciasteczko z kwiatem wiśni.


Mochi i ciasteczka wryżowe.


Najlepszy wegański i bezglutenowy naleśnik, jaki jadłam.


Mochi z truskawką. Lepiej być nie może.


Lizak z winogrona oblanego winogronowym karmelem. Winogronowa bomba.


Słodycze z anime, do kupienia na każdym kroku.

Wegańskie desery po raz kolejny

W Kamakurze idziemy do kawiarenki, którą właściciel założył, żeby dzieci z alergiami miały co jeść. Zamawiam sojowe latte, dziwiąc się po raz kolejny, że mleko sojowe nie smakuje jak karton i wcinam naleśnika z mąki ryżowej aż mi się uszy trzęsą. Nie mogę się nadziwić, że jest taki puchaty i smakuje jak prawdziwy naleśnik, a sojowa bita śmietana w niczym nie ustępuje tej z nabiału. "Wisienką" na torcie są słodkie, soczyste truskawki, będące idealnym uzupełnieniem słodkiej rozpusty.


Lody w Kamakurze.

Gdy wracamy z Kamakury, kątem oka zauważam suszarnię. Niewiele myśląc, kilka metrów dalej ciągnę Tomka za rękaw i jęczę: ostatnie, ostatnie sushi, tunak, Tomek! Tomek nie stawia oporu, wchodzimy do suszarni, gdzie zamawiamy dwa zestawy, a później jeszcze pojedyncze nigiri.

Gdy wychodzimy, oprócz szefa kuchni żegnają nas uśmiechnięci od ucha do ucha pijani Japończycy.