Trochę czekaliście na ostatni, trzeci post z serii o taplaniu - tym razem przyczyną byli goście (tak, znowu ;)), przeprowadzka i nieznane choróbsko. Na szczęście choróbsko już mniej mi daje się we znaki, a przeprowadzka prawie zakończona. po przeprowadzce nie ma śladu.

Prawdę mówiąc, trochę nie wiem, jak zabrać się do tego wpisu. W Japonii byliśmy półtora roku temu, a wspomnienia są nadal żywe i tak intensywne, że aż brakuje mi do nich słów.

I tak siadam przed klawiaturą, nie wiem, który raz i znowu nie wiem, co Wam napisać. Zazwyczaj posty najpierw "piszę" w głowie, później przelewam to wszystko na komputer, edytuję wiele za wiele razy i mam post. Ale są takie tematy, które nie wchodzą mi do głowy i tak jest z onsenami. Dlaczego?

Tomek mówi: napisz, czym są onseny. Ok. Onseny to japońskie łaźnie z gorącymi źródłami, które często są w ryokanach. Ugh, to napiszę moim Czytelnikom, czym są ryokany.

Ryokan to tradycyjna japońska gospoda... Takie B&B (bed and breakfast) z pokojami w japońskim stylu - jeżeli rozmawiam na żywo, tu najczęściej pada pytanie: ej Ada, a jakie to są pokoje w japońskim stylu?

Pokój w japońskim stylu i bajzel w naszym stylu w onsenie Hirayu.

Pokoje w japońskim stylu to te, wyłożone matami tatami. Przy wejściu jest miejsce na buty, reszta pokoju znajduje się na podwyższeniu i można po niej chodzić tylko na boso. W ryokanach dostaje się japońskie skarpetki z jednym palcem, żeby nie było zimno w stopy, ale pokoje raczej są nagrzane do oporu. W kibelku są klapki, których nie używa się w żadnym innym pomieszczeniu, a pod oknem w dużym pokoju znajduje się mały stolik do herbaty. Do spania na wieczór obsługa w ryokanach rozkładała futony, czyli niskie i szerokie materace do spania.

Futon, czyli wielki, puchaty materac, na którym wspaniale się śpi nawet przy 5℃ - sprawdzone.

Wracając, w ryokanach dostaje się yukatę...

Ozdobne yukaty, jakie dostaje się w ryokanach. Jak jest zimno, to można się zakryć krótkim kimonem.

Czyli rodzaj cienkiego kimona, którego w ryokanie używa się jako głównego odzienia, szlafroka i piżamy. Do yukaty dostaje się cienki pasek do wiązania i w yukacie się je, śpi, gra, bawi i chodzi do onsenu. Ale w onsenie yukatę się zdejmuje i nie zakłada nic więcej.

Yukata, czyli cienkie kimono, którego używa się w ryokanie. Tutaj akurat nie w ryokanie, a w buddyjskiej świątyni - tu yukaty były dużo skromniejsze.

To co to właściwie ten onsen?

Onsen to japońska łaźnia albo gorące źródło. Ale gorące źródło też nie do końca oddaje naturę onsenów. Ok, to onsen to łaźnia z gorącym źródłem. Ooo, już jesteśmy bliżej prawdy. Jesteście jeszcze ze mną? To lecimy dalej.

W onsenie są półki na yukatę, ręczniki, komórkę, portfel i co tam jeszcze się przynosi ze sobą. W pokoju czekały na nas piękne, kolorowe torebki/reklamówki z cienkiego materiału na ręczniki. Półki w onsenach w ryokanach nie mają drzwi, nie mówiąc o żadnych zamkach, kluczykach i innych rzeczach tego typu - pierwszym miejscem, w którym spotkałam się z zamykanymi szafkami był turystyczny onsen w Tokio, o którym opowiem później.

Wchodzimy do onsenu, mężczyźni w prawo, kobiety w lewo. Albo zajmujemy z bliską osobą onsen rodzinny z niewielką wanną, zamykany na klucz. Stoimy przed półeczką, ściągamy yukatę, zostawiamy duży ręcznik, zabieramy mały ręcznik, żeby chłodzić sobie kark lub głowę, wchodzimy do łaźni. W łaźni bucha para, ładnie pachnie wodą, w ogóle nie czuć siarki. Za drzwiami stoją wiaderka, których Japonki używają do siedzenia, jeżeli nie ma osobnych krzesełek i do polewania się wodą. Siadamy na krzesełku lub wiaderku przed lustrem, włączamy prysznic i możemy spodziewać się, że woda będzie przechodzić od lodowatej do wrzątku - zazwyczaj trudno mi było ustawić coś pomiędzy. Rozglądamy się po półeczce, która znajduje się przed nami, najprawdopodobniej znajdziemy tam szampon, odżywkę, płyn do mycia, a czasami nawet tarkę do stóp. Bierzemy porządny prysznic, zacząwszy od włosów, a skończywszy na stopach. Porządny. Jeszcze raz. Tak wyszorowani, odwracamy się i za sobą widzimy wanny/małe baseny. W większości onsenów i łaźni, gdy tylko weszłam do wody, większość Japonek przenosiła się gdzie indziej, nie wiem, czy przyczyną był wstyd czy rasizm czy mieszanka obu. Ach, a jeżeli się zastanawiacie, to nie musicie się golić w strategicznym miejscu. Japonki się nie golą, Japończycy też nie.
W wannach znajduje się woda od ledwo ciepłej do wrzątku, dla mnie najlepiej było wchodzić najpierw do najchłodniejszych i stopniowo do coraz cieplejszych. W niektórych wannach znajdziemy bąbelki, magnez, aromaterapię i różne inne fajne dodatki. Ok, wygrzaliśmy się we wnętrzu, to teraz czas wyjść na zewnątrz. Jest zima i pada śnieg? Jej, jeszcze lepiej! Wychodzimy nago na zewnątrz (nie mamy klapków) i zanurzamy się w najbliższym gorącym źródle. Wokół pada śnieg, nad nami znajduje się dach, chroniący nas przed opadami. Podziwiamy ośnieżone krzaki i cieszymy się ciepłem, jak te małpki ze znanej fotografii. Jak mamy odwagę, to idziemy do balii z piekła - w części onsenów znajdowały się balie z wrzątkiem, około 50 stopni. Zza ściany dobiegają nas męskie głosy (albo damskie), niewiele onsenów jest koedukacyjnych.

Ok, wygrzaliście się ze mną? To wychodzimy, powtarzamy cały rytuał mycia. Powiem Wam, że lubię się porządnie wymyć, ale raz w łaźni zaniemówiłam. Gdy weszłam, zobaczyłam kobietę, która myła włosy. Wzięłam podwójny prysznic, umyłam włosy, chyba nawet nałożyłam odżywkę, wygrzałam się w wannach, wróciłam, umyłam się znowu, a ona dalej myła włosy...

Ok, wychodzimy z wanien, źródeł, basenów, idziemy do półeczki wziąc ręcznik i wytrzeć się. Idziemy do pomieszczenia z fotelami. Przed fotelami znajduje się półeczka i lustro na całą długość pomieszczenia. Na półeczce znajdziemy krem do rąk, krem do ciała, patyczki do uszu, waciki, jednorazowe szczoteczki do zębów, możliwe, że małą pastę i zdezynfekowane plastikowe grzebienie i suszarkę. Bardzo możliwe, że znajdziemy krem z końskim olejem, popularnym składnikiem japońskich kosmetyków. Wtarliśmy w siebie maści, oleje, kremy, wysuszyliśmy włosy? Czas na założenie yukaty i powrót do pokoju, na kolację lub śniadanie - do onsenu najlepiej pójść około godzinę przed jedzeniem. Po godzinie w ciepłej wodzie można zjeść konia z kopytami (wziąwszy pod uwagę, że w Japonii serwuje się koninę, jest to dość ironiczne stwierdzenie).

Mount Hakone
Pierwszy onsen w jakim byliśmy, to gorące źródło w rejonie Hakone. Przylecieliśmy do Japonii w marcu, spodziewaliśmy się wiosny, a zastała nas całkiem prawdziwa i lodowata zima. Ze śniegiem, mrozem i wszystkimi jej urokami. Chcieliśmy pozwiedzać okolicę, ale wszystko było pozamykane ze względu na złe warunki pogodowe. Jako ciekawostkę, napiszę Wam, że rok wcześniej rejon Hakone był zamknięty ze względu na aktywność wulkanu.
W każdym razie, gdy staliśmy na przystanku i czekaliśmy na autobus, do którego wreszcie będziemy mogli wsiąść - kilka poprzednich było przepełnionych - grzaliśmy się na zmianę oparami z kratki wentylacyjnej. Śmierdziało siarką, ale przynajmniej w nogi było ciepło.

Ogrzewanie się oparami z gorącego źródła - nie przewidzieliśmy, że na początku wiosny zaskoczy nas... zima.


Onsen w Mount Hakone miał dwie części, wewnętrzną i zewnętrzną, dzięki czemu można było podziwiać gwiazdy bądź góry i śnieg. Jednego tylko Wam nie radzę, jeżeli jesteście tak wrażliwi jak ja. Ze względu na długi, dziesięciogodzinny lot wzięliśmy aspirynę. Jak wpakowałam się do onsenu, to po jakimś czasie myślałam, że się nie wypakuję, bo zrobiło mi się słabo i zakręciło w głowie. Właściwie to z niego wypełzłam. Tomasz zrobił coś podobnego, gdy pojechał sam do Japonii po raz pierwszy - wypił piwo, które jest tam dostępne w lodówkach. Też później pełzał.

Takayama,
W Takayamie wszyscy oprócz mnie dostali "onsen tamago", czyli jajo wolno gotowane w wodzie z onsenu. W sumie nie wiem, dlaczego ja nie dostałam, ale za to zachwycili mnie kupieniem zupełnie nowego bezglutenowego sosu sojowego, mimo że pomiędzy naszym przyjazdem do ryokanu a kolacją nie było zbyt wiele czasu.

Kolacja w ryokanie w Mount Hakone

Hirayu Onsen
Hirayu był kolejnym onsenem w górach, pierwszym, w którym mieliśmy z Tomkiem pokój tylko dla siebie i radośnie zrobiliśmy w nim bajzelnik. Oczywiście były yukaty, japońskie pokoje, niski stolik, herbata i termos z gorącą wodą, ale był też balkon z widokiem na góry.

Onsen miał dwa poziomy, w jednym z basenów znajdowały się kamyczki do masażu stóp, a w rogu na zewnątrz stała balia z piekła, o której wspominałam w pierwszym akapicie. Na zewnątrz było więcej miejsc do kąpieli niż wewnątrz, a dodatkową atrakcją była zewnętrzna część bez dachu, gdzie można było wystawiać głowę na wiatr, deszcz i śnieg, ale też podziwiać gwiazdy nocą.
Było tam dość pusto, do wypróbowania były kremy z olejem końskim i można było nawet wziąć sobie maszynkę do golenia i ogolić nogi.

Przystanek z rynienką z wrzątkiem

Przystanek, na którym czekaliśmy na drogę powrotną, znajdował się za oszklonymi drzwiami, a w środku był stolik i rynienka z wrzątkiem do stóp! Nie muszę Wam chyba mówić, że z chęcią skorzystałam z możliwości wygrzania się?

###Odaiba Ōedo-onsen-monogatari

To był bardzo fajny onsen na wyspie w Tokio, Odaibie. Ogromny, po 18 było tańsze wejście, a po wejściu można było tam zostać do oporu - nawet na noc.

Istotna notka: żeby wejść do Ōedo-onsen-monogatari i właściwie do wszystkich innych onsenów, nie można mieć tatuaży, ponieważ Japończykom źle się kojarzą.

Czym właściwie był Ōedo-onsen-monogatari? Hmmm, ciężko stwierdzić. W środku wielkiej sali znajdowały się sklepy z pamiątkami (obawiałam się pułapki na turystów, ale udało mi się kupić tam piękne drewniane klapki w przyzwoitej cenie), restauracje (sushi, więcej sushi i jeszcze więcej sushi), juice bary, wielka sala jadalna i, w osobnej części, łaźnie. W sali jadalnej można było spać, część Japończyków drzemała słodko po posiłkach, a w łaźni było, jeżeli dobrze pamiętam, osiem różnych basenów, sauna sucha i parowa, a na zewnątrz oprócz dwóch źródeł, balie z ciepłą wodą. Naprawdę, wyglądało to jak beczki i gdy weszłam tam z koleżanką, to we dwie mieściłyśmy się akurat na styk, za to w balii obok siedziało pięć japonek.
W łaźni można było wypożyczyć szczoteczki do zębów i pastę, dostać ręcznik i różne kosmetyki.
Dodatkową atrakcją była zewnętrzna ciepła rzeczka z kamienistym dnem. Przed wyjściem na zewnątrz można było wziąć ciepłe okrycie na yukatę (krótkie, grube kimono, sięgające do pasa) i pójść na spacer po kamieniach.
Jak byłam mała, łaziłam boso po drzewach, teraz lubię chodzić boso po trawie, ale kamyki w onsenie mnie pokonały. Po dwóch minutach chciałam gdzieś usiąść, bo kamyki mnie nie masowały, a sprawiały ogromny ból.
Jeżeli będziecie w Tokio, to polecam Ōedo-onsen-monogatari, ponieważ mimo tłumu turystów można tam się porządnie zrelaksować, wykąpać, wypachnić, wypięknić, dobrze zjeść i wypić, a nawet zdrzemnąć. Czego chcieć więcej?

Łaźnie w Tokio

W Tokio korzystaliśmy z łaźni, ponieważ - było to dla mnie ogromnym zaskoczeniem - nie byłam w stanie korzystać z łazienek w naszych AirBnb, takie były syfiaste. Wynajmowaliśmy dwa mieszkania i w pierwszym, od razu po wejściu, złapaliśmy za szczotki, szufelki, mopa i ścierki, ponieważ wszędzie było brudno. Łazienki brzydziłam się najbardziej, ponieważ był tam kurz, włosy i trudno było domyć wannę. Kolejne mieszkanie było dużo czystsze, ale łazienka pozostawiała wiele do życzenia, w związku z tym znaleźliśmy łaźnie miejskie. Nie było to łatwe zadanie, ponieważ łaźnie są często ukryte w jakichś zaułkach w małych uliczkach, ale jakoś się udało. Było trochę inaczej, niż w onsenach - przy wejściu zdejmowało się buty i kładło do szafki, trochę jak w szkole, na środku za biurkiem siedział pan albo pani z obsługi i kierował/kierowała do odpowiedniej części. Kobiety na lewo, mężczyźni na prawo. W poczekalni można było poczytać mangi bądź wypić mleko czekoladowe lub owocowe. W jednej z łaźni trafiliśmy na "daily baths" - jednego dnia wanna była wypełniona magnezem, innego - ziołami. Dla mnie zaskakujące było wypożyczanie suszarki do włosów za drobne i jedna zabawna sytuacja.
Wychodzę z kąpieli, naga, staję przed swoją szafeczką i wycieram się ręcznikiem. Nie udaje mi się skończyć, gdy podchodzi do mnie starsza Japonka, w ogóle nieskrępowana, wpatruje się w moje białe gaijińskie ciało i zaczyna inkwizycję - po japońsku. Nic nie rozumiem! Druga pani, która też się ogarniała, i jak się okazało, była Koreanką, zlitowała się nade mną i tłumaczy, czego nie rozumiem.
- A skąd w Japonii?
- Z przyjaciółmi?
- A na długo?
- A gdzie byliśmy?
- A jak się podoba?
- A jedzenie?
Oczywiście, że oishii (pyszne).
- A co lubi najbardziej?
Oczywiście, że sushi. :D
- Sushi? Dlaczego?
- Ojeju, jeju, alergie (nietolerancje pokarmowe dla nich nie istnieją). I jak sobie daje radę?
No i odpowiadam na wszystkie pytania, zakrywając cycki ręcznikiem, zestresowana swoją nagością, interakcją z obcym człowiekiem i koniecznością koncentracji, ponieważ Azjaci, których spotkałam, mówili z bardzo silnym akcentem. W końcu przeurocza oba-chan dojrzała mój dyskomfort (już trzęsłam się z zimna) i pozwoliła mi dokończyć wycieranie się i ogarnianie.

Thermae Romae

Jeżeli powyższa sytuacja rozbawiła Was tak jak mnie i chcecie jeszcze się pośmiać, to możecie obejrzeć absolutnie durnowaty film Therma Romae, który powstał na podstawie mangi i anime. Jest o łaźniach. Tyle Wam powiem.

Trailer do filmu Thermae Romae.

Drodzy Włóczykije - jeżeli spodobał Wam się ten wpis, znaleźliście w nim interesujące informacje, wzbudził on w Was jakieś uczucia lub pobudził do refleksji - proszę - skomentuj lub udostępnij go dalej.

Chciałabym, żebyście czytając ten blog, mieli szansę na dowiedzenie się czegoś nowego lub interesującego o świecie, abyście oprócz dawki rzetelnych informacji, znaleźli też szczyptę humoru. Dajcie mi znać, czy udaje mi się osiągnąć ten cel.

A jeżeli chcecie być na bieżąco z nowymi wpisami, zapiszcie się na newsletter.