Cześć, cześć! Jeszcze w grudniu miałam milijony pomysłów na bloga, myślałam, co Wam napiszę, o czym nie opowiem, a w styczniu zaczęło się... Nowa praca, nowe obowiązki, latanie za grantem, latanie w sprawach zdrowotnych i nagle... luty!

Niedługo Walentynki, ale u mnie nigdy nie było clickbaitowych wpisów o dziesięciu najromantyczniejszych hotelach, restauracjach i innych takich, więc dzisiaj polecę Wam kilka filmików z różnych stron świata, książki i opowiem kilka anegdotek. Będzie krótko, różnorodnie i na temat, ale na początku dostaniecie historie z Irlandii.

W listopadzie składaliśmy z Tomaszem wniosek o grant na rozszerzenie działalności. Wyglądało to mniej więcej tak:
1. Pani z Local Enterprise Office mówi nam, że jak do 16 listopada wyślemy wniosek, to już w grudniu będziemy wiedzieli, czy grant nam przyznano.
2. Wysłałam wniosek 14 listopada przez email. Dostałam automatyczną odpowiedź, że pani jest na urlopie. Żadnej innej informacji, potwierdzenia, nic.
3. Napisałam dwa albo trzy maile z pytaniem, czy wiadomo, co z grantem. Żadnej odpowiedzi.
4. Wyjechaliśmy do Polski na miesiąc. Po powrocie pojechałam do miasta obok odebrać Tomaszową pocztę służbową (przy okazji, to jest to, co uwielbiam w Irlandii - "dzień dobry, przyszłam odebrać pocztę Tomasza. Jestem jego żoną" i pani mi daje dokumenty o tak o, od razu, bez żadnego sprawdzania dowodu, potrzeby upoważnienia czy czegokolwiek). Jedna koperta była ogromna, otwieram i serce mi zamiera - to nasza "oferta grantowa", datowana na 30 listopada, z informacją, że jeżeli chcemy grant, to mamy odesłać podstemplowaną kopię oferty w przeciągu TRZYDZIESTU dni. Był 24 stycznia, gdy otworzyłam kopertę.
5. W panice dzwonimy do pani od grantu cały piątek, w końcu dowiadujemy się, że jej nie ma, będzie w poniedziałek. W poniedziałek Tomek dzwoni dalej, do oporu a w końcu pani wyluzowana mówi "spoko, wyślijcie ze starą datą".

No to wysłaliśmy i mamy nadzieję, że już wszystko jest ok.

Anegdotka numer dwa. W zeszłym roku zaczęły mi szumieć uszy i to w nieznośny sposób, a czasami po wstaniu wracałam do punktu wyjścia przez zawroty głowy. Pół roku szukania, w końcu okazało się, że to chyba na pewno stara kontuzja (w tym momencie Ada ostrzega: leczcie kontuzje od razu, żebyście nie bujali się z dziwacznymi powikłaniami, szczególnie, jeżeli kontuzja dotyczy Waszej "głównej" ręki), ale dla pewności w centrum fizjoterapii powiedzieli mi, że mam zrobić sobie rezonans głowy i karku, żeby mogli ze spokojnym sumieniem zacząć fizjoterapię. Z nikłą nadzieją poszłam do lekarza w Irlandii po skierowanie, bo tu nie ma tak dobrze, że jak płacisz, to nie potrzebujesz (skierowania). Referal musi być, koniec i kropka. Rozumowanie bardzo miłej i sympatycznej skądinąd lekarki było takie:

-- "Hmmm, to dziwne, żeby w centrum fizjoterapii chcieli prześwielenie głowy i karku, nie rozumiem po co im to. Właściwie to bez sensu. Pójdź na fizjoterapię w Irlandii, nie będziesz musiała robić prześwietlenia".

Filmy

Mam ochotę zacząć zdanie od "a ponieważ", ale ze względu na to, że w mojej głowie siedzi pani K., przez sześć lat nauczycielka polskiego, to tego nie zrobię, ale za to polecę Wam serię bardzo ciekawych filmików o granicach. O tym, co się dzieje na granicach różnych krajów, o granicach kulturowych, granicach w głowie i wpływie zmian cywilizacyjnych na różne grupy społeczne. Znalazłam je kiedyś przypadkiem i bardzo mi się spodobały. Filmy są po angielsku, ale w ustawieniach na YouTube można zmienić napisy na język polski.

Tutaj znajdziecie reportaż o granicy pomiędzy Haiti a Dominikaną...

Hiszpanią a Marokiem...

i dość nietypową granicą pomiędzy Japonią a Północną Koreą. Nietypową, bo głównie społeczną i znajdującą się w ludzkich głowach.

A jak Wam mało, to na tej stronie znajdziecie więcej.

Książki

Chciałam pisać co jakiś czas o każdej książce osobno, ale jak widzicie, nawet z podróżami ledwo nadążam, także dzisiaj dostaniecie krótką listę tego, co mnie w ostatnich czasach poruszyło i dlaczego.

  • Dzienniki Anne Frank
    O tej książce usłyszałam od znajomego Japończyka. Pamiętnik, w którym Anne Frank zapisuje dzień po dniu swoje przemyślenia, uczucia i opisuje życie w ukryciu z rodziną podczas II Wojny Światowej poruszył mnie bardzo z wielu powodów. Po pierwsze, czytając Dzienniki można poczuć, jak Anne dojrzewała, jak ewoluowały jej uczucia, jak dorastała.
    Po drugie, Anne miała jak na swoje czasy bardzo feministyczne i pacyfistyczne poglądy, które mnie ujęły.
    Po trzecie, w tej książce znajduje się najsmutniejsze posłowie, jakie kiedykolwiek czytałam. Najsmutniejsze, bo napisane przez historię. Bo pamiętnik Anne kończy się w momencie pełnym nadziei, bo już jest lato, bo alianci wkroczyli do Holandii...
    Bardzo, bardzo polecam. I polecam zaopatrzyć się w pudełko chusteczek, jeżeli jesteście takimi samymi wrażliwcami jak ja.
  • Tatuażysta z Auschwitz, Morris Heather
    Nie pamiętam za nic, kto mi tę książkę polecił, ale dwa tygodnie temu obudziłam się o czwartej nad ranem i nie mogłam zasnąć, więc sięgnęłam po Kindla. Tatuażysta był moją kolejną książką na liście, więc zaczęłam go czytać i skończyłam siedem godzin później, nie mrużąc oka przez resztę nocy. Prawdziwa, nieprawdopodobna, napisana z ogromnym wyczuciem i subtelnością i na swój sposób piękna historia miłosna.
  • Neuromancer, William Gibson
    To już Wam chciałam polecić od zeszłego roku. Zakochałam się w tej książce na amen. Po pierwsze, lubię cyberpunk. Po drugie, mimo że napisana w '84, to wyjątkowo aktualna, po trzecie świetnie się to czyta. Połączenie sensacji, problemów społecznych i filozoficznych, wynikających z technologii, a po czwarte... William Gibson pisze o Japonii, a ja tam jestem. Japonia z jego książki bardzo, ale to bardzo wygląda jak ta, po której włóczyłam się nocami, z wrzaskliwymi salonami pachinko, z ulicami rozświetlonymi gadającymi bannerami, z technologią na każdym kroku.
    Neuromancer to pierwsza książka z trylogii Sprawl, do której należą jeszcze dużo słabszy Count Zero i wspaniale nazwana i pięknie poprowadzona historia pięciu (!) różnorodnych głównych kobiecych wątków w Mona Lisa Overdrive. Bardzo, bardzo polecam.
  • Biała Gorączka, Jacek Hugo-Bader
    Ten reportaż z Rosji polecili mi znajomi, którzy często jeżdżą do naszych wschodnich braci. Przez część książki miałam oczy szeroko otwarte z szoku, przerażenia i zdziwienia, że tak mało wiem o sąsiadach zza wschodniej granicy. Hugo-Bader na 50. urodziny postanowił, że przejedzie Syberię samochodem. Jak postanowił, tak zrobił. W książce opisuje różne plemiona zamieszkujące Rosję, Rosjan, Ukraińców i cały tamtejszy kulturowy tygiel. Bardzo, bardzo ciekawe.
  • Ganbare. Warsztaty Umierania, Katarzyna Boni
    Ganbare to reportaż o Japonii, koncentrujący się na wydarzeniach z 2011 roku - tsunami, które doprowadziło do wybuchu elektrowni atomowej w Fukushimie i ich skutkach. Fascynuje mnie Japonia i fascynuje mnie atom, w związku z tym czytałam tę książkę z zapartym tchem.
    Wzruszyły mnie opisane w reportażu "kawiarenki narzekania", zmroziły, ale rozczuliły jednocześnie "warsztaty umierania", a sam ciąg niefortunnych zdarzeń, z którego skutkiem do teraz borykają się Japończycy, trochę przeraził. Chcecie wiedzieć dokładniej o czym piszę? Sięgnijcie po książkę.
  • Czarnobylska Modlitwa, Swietłana Aleksijewicz
    Skoro mowa o atomie, to Czarnobylskiej Modlitwy Swietłany Aleksijewicz, laureatki Nagrody Nobla w dziedzinie literatury, nie może tu zabraknąć. Była to książka, o której było głośno, ale zanim kupiliśmy całość, to ściągnęliśmy fragmenty do przeczytania. Próbowałam czytać w restauracji, w autobusie i nie dałam rady, bo po prostu za bardzo mnie wzruszała. Swietłana wycofuje się z historii, które opowiada, przez co czułam się, jakby przede mną znajdowali się ludzie, opowiadający o katastrofie w Czarnobylu i jej skutkach. Jak dla mnie z książki przebijały dwa główne wątki: dość szokujący wątek "Człowieka Radzieckiego" i pewne zdziwienie, że zaatakowała nas przyszłość i nie wiadomo, co z tym zrobić, bo nie ma wystarczającej wiedzy, badań, ani tak naprawdę czasu, aby dowiedzieć się, jakie skutki ma wybuch elektrowni atomowej w Czarnobylu.
  • Sunstone, Stjepan Šejić

A jak chcecie coś innego i bardziej pikantnego na Walentynki, to polecam Wam komiks Sunstone chorwackiego autora Stjepan Šejić'a. Zastanawiałam się, czy go polecać, ale później pomyślałam, że kilka lat temu furorę zrobił śmieciuch pod nazwą 50 twarzy Greya, który nigdy nie powinien powstać, bo opowiada historię naiwnej laski, wykorzystywanej seksualnie przez milionera, więc nie mam co się krępować, polecając Sunstone.
W Sunstone znajdziecie historię dwóch przyjaciółek, które poznają się na forum poświęconym BDSM. Ich relacje są na stopie partnerskiej, ale po chwili wszystko się komplikuje... Byłam zachwycona tym jak Stjepan przedstawił kobiety, widać, że mają charakter i są komiksowymi postaciami z krwi i kości (tak, wiem, że to oksymoron), a nie seksualnymi fantazjami mężczyzny na temat kobiet. Kreska jest piękna, kolory także i jest dużo fajnego humoru. Do tego komiks jest wydany na kredowym, bardzo przyjemnym papierze.

Pozdrawiam Was ciepło ze słonecznej i mroźnej Irlandii i do zobaczenia kolejnym razem. :) Dajcie znać, jak Wam się podobały książkowe polecenia i czy chcielibyście poczytać np. o komiksach z różnych stron świata?

PS W poście znajdują się linki afiliacyjne. Oznacza to, że jeżeli zakupicie produkt po kliknięciu w link, otrzymam niewielką prowizję bez żadnego kosztu dla Was.