O stracie

wrz 17, 2020

Strata jest zawsze trudna, ale gdy żyje się w rozkroku pomiędzy dwoma krajami, jest dziwna.

Mam podwójną grupę znajomych.
Podwójną grupę przyjaciół.
Podwójne wspomnienia.
Przyjaciół tu, przyjaciół tam.
Najlepszych przyjaciół w Polsce i najlepszych przyjaciół w Irlandii.
Rodzinę tylko w Polsce.
Męża zawsze obok.

Rodzinę, która ma swoje problemy i historie, których już nie jestem częścią, o których słyszę jako obserwator. Podobnie było sześć lat temu. Był zwyczajny dzień, byłam trochę zmęczona po wizycie znajomego. Dostałam wiadomość o tym, że ktoś mi bliski znalazł się w hospicjum. Wiedziałam wcześniej, że jest źle, ale nie wiedziałam, jak bardzo. Byłam tutaj, zajęta pracą i układaniem sobie życia w nowym miejscu, więc pewnie nie chcieli mnie martwić, dlatego dla mnie to było szybko i nagle. Oni obserwowali powolny proces przez rok.

Wiadomość przyszła po południu. Następnego dnia z zapuchniętą twarzą i czerwonymi oczami poszłam do pracy. Mój mąż (wtedy jeszcze chłopak) był od rana do popołudnia w korporacji, a ja nie chciałam być sama, chciałam coś robić, zająć czymś ręce, chciałam, żeby życie, nawet jeśli obce, toczyło się wokół mnie. Przywitałam się, moich dwóch najbliższych kolegów akurat nie było, ale był Ktoś, z którym oni byli blisko.
Z Ktosiem zazwyczaj się kłóciłam, drażnił mnie z wzajemnością, i dość często w niewybredny sposób kazałam mu sobie iść. Mimo to go lubiłam, przynajmniej dni nie były nudne.
Ktoś popatrzył na mnie i poszedł za mną. Zapytał, co się dzieje. Powiedziałam, że nic, nie odwracając się. Prawie krzyknął na mnie, ponawiając pytanie. Zacisnęłam ręce w pięści, odwróciłam się i spojrzałam. Gardło miałam ściśnięte.
- Ktoś umarł?!
Ledwo widocznym ruchem głowy zaprzeczyłam. W końcu udało mi się wydobyć z siebie głos.
- Prawie...  
- Kto? Dziadek? Babcia?
- Babcia...
Wyciągnął do mnie rękę i przez chwilę trzymał moją dłoń. Zaczęłam pracę, a Ktoś odtańczył przede mną irlandzki taniec. Przebiegł obok i zakręcił mną jak Kozak podczas pląsów. Gadał głupoty, jakich mało, tak, że kręciłam z politowaniem głową. Może nawet się uśmiechnęłam. Tak minął dzień.
Przyszedł kolejny. Ktosia i moich dwóch kolegów nie było.
Pracowałam przy tej samej maszynie co zawsze, gdy nagle poczułam jak przepływa przeze mnie, przez moje ciało, ale przede wszystkim przez serce, jakaś dziwna, bardzo silna energia. Jak puls, ostatnie uderzenie serca.
Maszyna padła bez powodu i tego dnia już nie wstała, a ja nie musiałam nawet patrzeć na telefon, żeby wiedzieć, że mam masę nieodebranych połączeń, bo już Nie Ma.
Przyszedł weekend. Zabookowaliśmy bilety. Część rodziny zdziwiła się, nawet nie spodziewali się, że przylecę z tak daleka, a dla mnie to nie podlegało dyskusji.
Pogrzeb był dla mnie symbolicznym zamknięciem rozdziału, pożegnaniem, które wiele mi uświadomiło.

Ktosia też już Nie Ma.
Chciał latać, ale Ziemia przygarnęła go do siebie swoimi twardymi ramionami.
Odleciał za granicą.
Będzie chowany jeszcze gdzie indziej, w swojej Ojczyźnie.
Zostawił nas tutaj, w tym kraju, w pewnym sensie dla nas obcym, bez zamknięcia. Zerwał się film, na którym był, a my zostaliśmy ze scenami nigdy nie napisanymi albo urwanymi w trakcie.
Mój ból jest tutaj. Skondensowany i spotęgowany przez ból najbliższych mi tu ludzi.
Ktoś był częścią mojego życia tu, życia, o którym moja rodzina i przyjaciele w Polsce słyszą, ale nie są jego interaktywną częścią. Bywają na chwilę, gdy przylatują, ale później wracają do swoich spraw, swoich znajomych, prac, problemów, radości, małych i dużych szczęść.
Tak jak ja wracam do swojego życia tu i ponownie łączy nas ekran komputera albo słuchawka telefonu.
My jesteśmy Tu, bez Ktosia. W Polsce moja strata będzie historią, opowiadaniem.
Tak jak sześć lat temu moja strata tutaj.
Kondolencje i współczucie - szczere, ale jak za ścianą z pleksi.
Nie jest to łatwe.
Życie toczy się dalej.